
„Wtedy to byłooo”. Nie, to nie słowa dziadka czy babci o czasach ich dzieciństwa, ale rzeszy osób, która może podobnie powiedzieć o… latach 90. Choć nie było to tak dawno, jest to okres wspominany z wyjątkową nostalgią głównie przez młodych (ale nie tylko) Polaków. Każdemu kojarzy się z czymś innym, ale są rzeczy, które powinien rozpoznać każdy. Gotowi? To ruszamy!
Nie ma chyba nastolatka dorastającego w latach 90., który przynajmniej raz w życiu nie przeczytał „Bravo”. Nawet jeśli ktoś się do tego nie przyznawał, gdzieś tam po kryjomu zerkał. Do tej pory pamiętam, jak czekałem w sklepie, by kupić gazetę dopiero, jak przy kasie nie będzie nikogo. To istna biblia tamtych czasów, która dostarczała „najgorętszych newsów” młodszym czytelnikom. Wszystko to okraszone kultowymi już pytaniami czytelników i fotohistoriami.
Osoba, nie rzecz, ale bez wahania można potraktować ją jako symbol lat 90. Choć koszykarska kariera Michaela Jordana zaczęła się dekadę wcześniej, to właśnie w tym okresie święcił swoje największe sukcesy. Sześć tytułów mistrza NBA w jednej drużynie to coś, czego fani koszykówki mogą jeszcze długo nie zobaczyć. Nie o same pierścienie jednak chodziło, a o styl, symbol i markę, jaką stał się ten jeden koszykarz. Choć teraz w najlepszej lidze świata nie brakuje gigantów i porównań do Jordana (np. Lebron James) nikt nie potrafi przebić fenomenu MJ-a. Niech zazdroszczą ci, którzy nie mieli okazji obserwować na żywo jego ery.
Jest symbol sportowy, musi być i muzyczny. Każdy wkleiłby tu pewnie innego wykonawcę, ale nikt nie odmówiłby tu miejsca „Spicetkom”. Zespół wymieniany przez niemal każdą osobę, którą zapytałem o to, z czym kojarzą się lata 90. Najpopularniejsza damska grupa muzyczna XX wieku. Od dawna nieaktywne, lecz fani mieli niepowtarzalną szansę zobaczyć je raz jeszcze podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Taka okazja może się już nie powtórzyć.
Numer 6 to trzepak, lecz tak naprawdę kryje się pod tym cała gama podwórkowych zabaw. Zabaw, które zdają się zanikać z roku na rok. Trzepak był nie tylko miejscem spotkań, ale pełnił także funkcję… wszystkiego. Bazy, bramki, przeszkody, siatki, „wieszaka”, z którego do góry nogami zwisały podwórkowe urwisy. Teraz już tego nie widać.
Do tej pory dziwię się, gdy ktoś z moich kolegów przyznaje się, że nie oglądał „Dragon Balla”. Godzina emisji (około 16, o ile dobrze pamiętam) była godziną, o której pustoszały podwórka. Wszyscy z osiedla schodzili do domu właśnie po to, by siąść przed telewizorem i jeszcze na stacji RTL7 (ta swoją drogą też kojarzy się z latami 90.) obejrzeć kolejny odcinek japońskiego anime. Przygody Songa i jego znajomych działały na wyobraźnię tysięcy dzieci na całym świecie.